A500: History repeating…
Tytuł jest parafrazą refrenu, wyśpiewanego wiele lat temu, przez znakomitą Shirley Bessey.
Nad wyraz aktualny – acz tym razem dotyczy dość zabawnego zbiegu okoliczności.
Oto, po 16 latach od zakupu pierwszego, poważnego komputera – A500 (Commodore Amiga), znów stałem się posiadaczem komputera A500. Jednak nie z nudów, czy przesadzonego poczucia sentymentu.
Zwyczajnie, potrzebowałem rozsądnego narzędzia pracy.
To nie żart – po prostu, tym razem moje A500 firmuje Toshiba
…Nie będzie porównania – bo to bezcelowe.
Odniósł bym się jedynie do stopnia ekscytacji zakupem – w 1993 roku – i obecnie.
Fanatycznego zachwytu z lat młodzieńczych, nic już nie przebije… Tym niemniej, nawet teraz, będąc zmanierowanym gadget-junkie, potrafię z siebie wykrzesać nieco radości z nowych zabawek.
Komputery przenośne od dawna posiadły niezłą wydajność – i co nie mniej ważne (dla mnie) – zaczęły cieszyć oko, dzięki czemu korzystanie z nich nie jest już dziwnym manieryzmem – tylko codziennością.
Stąd, wybierając Toshibę A500/13C – kierowałem się zarówno wydajnością jak i wyglądem i wartością dodaną – co w tym przypadku oznacza głośniki Harman/Kardon oraz złącze E-SATA pozwalające na bezkompromisowe wykorzystanie dużych dysków zewnętrznych.
Nowa Toshiba nie sprawia , że zarywam noce – jak to miało miejsce w przypadku Amigi. Pozwala jednak mieć nadzieję, że kreatywność rozwinie się tak jak wówczas, gdy z wypiekami rozgryzałem pierwsze programy graficzne takie jak DeLuxe Paint , czy Real3D.
Podobieństwa można się też doszukać w odmiennej stylistyce. Nieco oddalonej, od uśrednionego, azjatyckiego sznytu.
Tak jak niegdyś dziwiło, że nowoczesny komputer 16-bitowy, może mieć korpus i klawiaturę w jednym kawałku – bez kabli i kilogramów blachy…